• Partner portalu
  • Partner portalu
  • Partner portalu
Partnerzy portalu

Kobieta do zadań specjalnych

Opublikowano: 07-03-2020 Źródło: inzynieria.com
Autor Agata Sumara
Agata Sumara
inzynieria.com
Wszyscy autorzy
Autor Edyta Zalewska
Edyta Zalewska
Uponor Infra sp. z o.o.

O tym, dlaczego kobiety chcą być inżynierami, jak piąć się po szczeblach kariery w międzynarodowym koncernie, a przy tym znaleźć czas dla rodziny i balans w życiu, rozmawiamy z Edytą Zalewską, dyrektorem sprzedaży w firmie Uponor Infra sp. z o.o.


 Edyta Zalewska, dyrektor sprzedaży w firmie Uponor Infra sp. z o.o. Edyta Zalewska, dyrektor sprzedaży w firmie Uponor Infra sp. z o.o.

Agata Sumara: Często pojawia się Pani na placach budów?

Edyta Zalewska: Niestety coraz rzadziej. W ostatnich latach brakuje mi na to czasu, choć lubiłam jeździć na budowy. Może to dziwne, ale zawsze pociągały mnie industrialne widoki. Wizyty na budowie były dla mnie ważne, bo to pozwalało mi lepiej zrozumieć potrzeby klienta. Uważam, że nie da się sprzedawać w naszej branży zza biurka. Poza tym czuję się dobrze, gdy dużo się dzieje. Doświadczenia na budowach bywają niesamowite. Tak było kilka miesięcy temu w Warszawie, na placu budowy awaryjnego rurociągu do oczyszczalni „Czajka”. Mimo że byłam fizycznie wyczerpana i nie mogłam spać, chciałam być z naszymi pracownikami by ich wesprzeć. Kiedy trzeba było im coś dostarczyć, zajmowałam się tym, kiedy była potrzebna pomoc w zarządzaniu pracą – zarządzałam. Na tej budowie było wielu ludzi, mnóstwo sprzętu, maszyn… to wszystko trzeba było zgrać. Czas naglił, liczyła się każda minuta. Choć formalnie nie pełniłam funkcji kierownika budowy, ludzie liczyli się z moim zdaniem. Czułam, że jestem potrzebna. To było niesamowite doświadczenie w moim życiu.

A.S.: Pani kariera bardzo ewoluowała. Czy właśnie tak ją sobie Pani wyobrażała jako studentka Politechniki Warszawskiej?

E.Z.: Nie, wydawało mi się, że „pójdę w projektowanie”, jak większość. Ale jestem urodzona pod szczęśliwą gwiazdą. Umiem wykorzystywać zrządzenia losu. Tak jak wtedy, gdy 25 lat temu poszukiwani byli członkowie zespołu, który miał opracować Masterplan wodociągów i kanalizacji dla Warszawy (projekt realizowany jeszcze w ramach PHARE). Prof. Marian Kwietniewski (którego serdecznie pozdrawiam) wytypował mnie i mojego obecnego męża Michała do tego projektu i to był dla mnie świetny start. Teraz wiem, że projektowanie nie jest dla mnie, jestem osobą zbyt dynamiczną i siedzenie przy biurku przez wiele godzin na pewno by mnie nudziło. Tyle, że na początku myślałam, że tak musi być.

A.S.: Co wydarzyło się później? W jaki sposób kariera nabrała tempa?

E.Z.: Pierwsze dwa i pół roku po studiach pracowałam przy projekcie, o którym wspominałam, dla francuskiej firmy konsultingowej Safege. Dla mnie, jako młodego inżyniera, było to świetne doświadczenie. W tamtych czasach praca dla tak dużego międzynarodowego koncernu była czymś wyjątkowym. Czułam, że jestem wrzucona na głęboką wodę, tym bardziej, że wtedy jeszcze moje umiejętności językowe nie były zbyt wielkie. Jak się jednak okazało, to nie to było najważniejsze – mimo że koledzy ze studiów, którzy też w pewnym momencie dołączyli do projektu, znali język angielski lepiej, moja osobowość sprawiła, że to mi firma zaproponowała dwuletni kontrakt w Indiach. Zadeklarowałam, że pojadę, ale firma nie wygrała wtedy przetargu.

A.S.: I do Indii Pani nie dotarła.

E.Z.: Trafiłam również tam, ale dopiero kilka lat później, w ramach podróży poślubnej. Natomiast, wracając do mojej pracy, zauważyłam, że to nie najwięksi prymusi robią w życiu karierę. Oprócz wiedzy niezbędne jest coś takiego jak inteligencja emocjonalna. Trzeba też w siebie wierzyć: wiedza to tylko początek do sukcesu. Dzięki uporowi, z jakim broniłam swoich pomysłów przy tworzeniu pracy magisterskiej, otrzymałam propozycję pracy od swojego promotora, dr. Macieja Waysa, który prowadził firmę projektowo-wykonawczą. Wtedy koledzy mi tego zazdrościli, bo była to ścieżka do zdobycia uprawnień.

A.S.: Jak to zatem było z dziewczynami na Politechnice 20 lat temu?

E.Z.: Niestety, muszę sprostować pytanie i wypowiedzieć: jak to było 30 lat temu (śmiech). Liczba dziewczyn na politechnikach nigdy nie była i nadal nie jest specjalnie wysoka. Ale ja studiowałam na Wydziale Inżynierii Sanitarnej i Wodnej, obecnie nazwanym Wydziałem Instalacji Budowlanych, Hydrotechniki i Inżynierii. Tam stosunek kobiet do mężczyzn wynosił niemal 50:50.

A.S.: Więc kobiety były widoczne.

E.Z.: Tak. Ale w oczy bardziej rzucało się coś innego: wiele koleżanek i kolegów miało już w branży mamę, tatę, wujka, ciocię… Oni od dawna wiedzieli, co będą w życiu robić, mieli zapewnioną pracę. Moja sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

A.S.: Wtedy jeszcze Pani tego nie wiedziała?

E.Z.: Właściwie wybrałam ten kierunek metodą eliminacji. Pociągało mnie prawo, ale to były czasy, kiedy było bardzo trudno zrobić aplikację, nie mając prawnika w rodzinie. Myślałam o Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa), ale uznałam, że nigdy perfekcyjnie nie nauczę się języka obcego. Do wyboru kierunku studiów podeszłam zatem w bardzo przyziemny sposób: stwierdziłam, że zawsze będzie się projektowało wodociągi czy kanalizację, a zatem zawsze będę miała pracę. Jednocześnie miałam świadomość konkurencji – w końcu pozostali też się sposobili do tego zawodu. Starałam się wymyślić coś innego, nowego. Wtedy np. nie był jeszcze powszechnie stosowany AutoCad, nikt nie uczył jego obsługi. Kiedy pojawiło się kółko dla zainteresowanych, jako jedyna z mojej grupy dołączyłam do niego. Chciałam zdobyć dodatkowe umiejętności, mieć kartę przetargową. Świadomym ruchem było też podjęcie pod koniec studiów współpracy z Panią dr Aliną Nowakowską Błaszczyk. Z jej zespołem projektowaliśmy rozwiązania mające na celu zatrzymanie deszczu w miejscu ich powstawania – na tamte czasy było to bardzo innowacyjne myślenie. Był to dla mnie zarobek, ale też możliwość zdobywania doświadczenia. Namawiano mnie nawet na doktorat.

A.S.: Nie chce Pani powrócić do tego pomysłu?

E.Z.: Nie. Teraz mam dobrą pracę, rodzinę, a doktorat nie jest dla mnie niezbędny. Wtedy jeszcze zadawałam sobie pytanie „Co dalej?”, rozważałam różne opcje. Ale wpadłam w wir pracy. Dziś nie mam wątpliwości, że dokonałam właściwego wyboru.

A.S.: Po pracy we francuskiej firmie przyszedł czas na zmianę.

E.Z.: Jeszcze na moim poprzednim stanowisku wytypowano mnie do rozmów z KWH Pipe – tak poznałam tę firmę. Kiedy skończył się projekt w Warszawie, a Safege prze kilka miesięcy nie pozyskała nic nowego, złożyłam CV do KWH Pipe, mimo że nie było ogłoszonej rekrutacji na żadne stanowisko. Ale zostałam zapamiętana i kiedy firma pół roku później chciała znaleźć nowego pracownika, sięgnęła po moją aplikację.

A.S.: To brzmi jak przeznaczenie.

E.Z.: Chyba tak, bo po 23 latach nadal pracuję w tej samej firmie, choć zaszło w niej wiele zmian. Od samego jednak początku byłam pod wrażeniem klimatu panującego w tej organizacji. Pamiętam, kiedy w pierwszym dniu mojej pracy rano zadzwoniła do mnie szefowa, żeby przypomnieć mi o wzięciu stroju gimnastycznego, ponieważ mieliśmy tego dnia mieć aerobik…

A.S.: Praca przez tyle lat w jednej firmie? Czy to nie jest nudne?

E.Z.: Praca w jednej firmie nie musi oznaczać zastoju. Wręcz przeciwnie. Przez lata stale podnosiłam swoje kompetencje, firma skierowała mnie między innymi na studia podyplomowe z zakresu zarządzania i marketingu na Politechnice Warszawskiej. To były trudne dwa lata: zajęcia odbywały się pięć razy w tygodniu, od 16:30 do 21:00. Do tego dochodziło też życie rodzinne. W pewnym momencie byłam bliska porzucenia tych studiów, które przy innych obowiązkach okazały się bardzo wyczerpujące. Nie poddałam się jednak i nie żałuję, że podjęłam się tego wyzwania. Pod kątem merytorycznym było to bardzo wartościowe doświadczenie.

A.S.: Czy na tych studiach również było sporo kobiet?

E.Z.: Tu już było więcej mężczyzn, w tym też wielu obcokrajowców. Mężczyźni znacznie częściej myślą o dołączeniu do kadry zarządzającej, managerskiej. Pewnie to jeden z czynników tej dysproporcji. Prawdą jest też, że znacznie łatwiej jest im osiągnąć ten cel.

A.S.: Co to znaczy „łatwiej”?

E.Z.: Uważam, że my, kobiety, aby osiągnąć ten sam poziom, co mężczyzna, musimy być dwa razy lepsze. Mężczyźni na eksponowanych stanowiskach sądzą, że nami zbytnio targają emocje, wolą też przebywać z innymi mężczyznami, czują się swobodniej, mają swój męski świat, męski język. Nie za bardzo chcą wprowadzać do tego świata kobiety. Trochę też się nas boją (śmiech).

Potwierdzeniem tego jest też moja historia zawodowa. Na początku zaczęłam pracować jako doradca techniczny, ale szybko przeszłam na stanowisko handlowca. Choć było to dla mnie zaskoczeniem bardzo łatwo przychodziły mi rozmowy z klientami, nawiązywanie relacji. Byłam na tyle dobra, że po pewnym czasie otrzymałam stanowisko dyrektora ds. kluczowych klientów. Potem jednak zorganizowano rekrutację na stanowisko dyrektora sprzedaży – czułam, że to jest to, że się nadaję. I wiem, że miałam rację, ponieważ tę funkcję pełnię obecnie. Ale wtedy nie dostałam tej posady. Myślę, że gdybym była mężczyzną, nie byłoby z tym problemu.

A.S.: Porażka była jednak pozorna.

E.Z.: W momencie nieudanej rekrutacji byłam gotowa odejść: znałam swoją wartość, nie chciałam wracać na poprzednią pozycję. Utworzono wtedy dla mnie stanowisko dyrektora ds. przemysłu, weszłam też do zarządu operacyjnego. Mój przypadek jest potwierdzeniem tego, że trzeba głośno mówić o swoich oczekiwaniach. Często rola kobiety sprowadza się do cichego wsparcia, ktoś inny buduje karierę, opierając się o naszą pracę. Ja tego nie chciałam. A pięć lat później objęłam stanowisko dyrektora ds. sprzedaży. Notabene, tamta decyzja o przydzieleniu mi funkcji dyrektora ds. przemysłu okazała się świetną decyzją biznesową, w ciągu pięciu lat staliśmy się liderem w sektorze przemysłowym.

A.S.: I w tej chwili jest Pani na wysokim szczeblu korporacyjnej drabiny.

E.Z.: Tak, ale korporacja w wydaniu fińskim jest bardzo przyjazna. W naszej firmie wszyscy się znamy, mówimy sobie po imieniu, nie ma problemu z wychylaniem się, naprawdę liczy się głos pracowników. Bardzo szybko zostałam zauważona przez managerów najwyższego szczebla w Finlandii. Może dlatego, że słynęłam ze zdobywania tematów nie do zdobycia (śmiech).

A.S.: Kobieta do zadań specjalnych?

E.Z.: W zasadzie tak. Choć zauważyłam, że to panowie pieczołowicie kreują swój wizerunek, ja zwyczajnie nie mam na to czasu.

A.S.: Ponieważ poświęca go Pani na…

E.Z.: Pracę, oczywiście. Na duże projekty – wierzę w oferowane przez nas systemy. Wierzę, że dzięki nim jestem w stanie wygrać prawie wszystko. Nawet, jeśli zajmie mi to nie miesiąc czy kilka miesięcy, ale rok lub dwa.

A.S.: Czy zauważa Pani jakieś istotne różnice pomiędzy kobietami na stanowiskach managerskich w Polsce i w Finlandii?

E.Z.: Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, gdyż w Finlandii kobiety nie funkcjonują w sprzedaży na tym szczeblu, w tej branży. Najczęściej można je spotkać w działach prawnych czy kontrolingu, pracują rzetelnie i są bardzo dobre merytorycznie. Jednak to w Polsce kobiet na wyższych stanowiskach jest więcej.

A.S.: Wróćmy zatem do warunków polskich. Jak kobiety funkcjonują w sprzedaży w naszym kraju?

E.Z.: Trzeba umieć wykorzystać swoją szansę. Musisz być merytoryczna, wiedzieć, jak zbudować i utrzymać zaufanie. Sam uśmiech nam nic nie da, choć też jest bardzo ważny. Konieczne jest przygotowanie się na spotkanie, wyczucie potrzeb, problemów klienta.

Kiedyś byłam na rozmowie w pewnej kopalni: choć jej dyrektor zasadniczo nie spotykał się z handlowcami, ponieważ byłam kobietą, postanowił mi poświęcić parę minut. A ja wiedziałam, jak ten czas wykorzystać i zdobyłam jego zaufanie. Były też sytuacje, kiedy duże firmy prosiły żebym to ja była dla nich osobą „do kontaktu”. A zatem, na podstawie własnego doświadczenia, nie mogę powiedzieć, że kobiety w tej męskiej branży są dyskryminowane.

A.S.: Jak Pani myśli, dlaczego udało się Pani zdobyć uwagę wspomnianego dyrektora?

E.Z.: Chyba przeważyło to, że byłam konkretna. Byłam też zdeterminowana, miałam mało czasu, dlatego musiałam od razu przejść do sedna i to się opłaciło. Rozmowa nie polegała zatem na tym, że proponowałam mu coś na siłę, ale bardziej skupiłam się na tym, jakie problemy rozwiąże, jeśli zastosuje nasz system. Choć w tamtych czasach i dla tego typu firmy przejście z systemów stalowych na tworzywowe było krokiem rewolucyjnym, dyrektor do dziś wspomina, że to była jedna z lepszych decyzji firmy. Tak samo w przypadku rozmów z innymi inwestorami – przez te lata niemal nigdy nie było problemów z nawiązaniem kontaktu. Jeśli wyczuwam opór, namawiam do dialogu technicznego, prowadzę merytoryczną rozmowę.

A.S.: Niemal nigdy, czyli jednak kłopoty się pojawiają.

E.Z.: Tak. Raz pewien urzędnik nie chciał w ogóle się ze mną spotkać, nasze rozwiązania nie pasowały do jego koncepcji. Zadziałałam na niższym szczeblu – podjęłam rozmowę z jego podwładnymi, i to oni namówili go na spotkanie ze mną.

A.S.: Udało się osiągnąć cel?

E.Z.: Tak, pełen sukces! Przekonał się do naszych rozwiązań i wielokrotnie je wybierał dla prowadzonych przez urząd inwestycji.

A.S.: Czy zatem kobiety wnoszą nową jakość?

E.Z.: Zdecydowanie. W tym momencie w naszej firmie w zarządzie operacyjnym mamy aż trzy kobiety – dyrektor generalną, dyrektor ds. HR i mnie. To swego rodzaju ewenement. Ale też świetnie się sprawdza. To, jak my funkcjonujemy, to nie jest typowe zarządzanie, polegające głównie na delegowaniu zadań, ale prawdziwa współpraca i wzajemne wsparcie, wzmacnianie naszych mocnych stron. Na przykład dyrektor generalna jest w stanie sama zaproponować, że przejmie dogrywanie zapisów jakiejś umowy, tylko po to, bym ja mogła pojechać na spotkanie biznesowe, bo wie, że więcej zdziałam, mając okazję do zdobycia kolejnego kontraktu.

A.S.: W życiu ważny jest jednak work-life balance. Wspomniała Pani o konieczności pogodzenia zdobywania wykształcenia, podążania ścieżką kariery oraz obowiązków rodzinnych. Jak zatem to pogodzić?

E.Z.: Przede wszystkim trzeba mieć tzw. power. Ważne, żeby dbać o swoją rodzinę. Mam to szczęście, że mój mąż i ja studiowaliśmy razem, pracowaliśmy też trochę razem, więc on doskonale rozumie, czym się zajmuję. Nie jest znużony moimi sprawami zawodowymi, rozmawiamy tym samym językiem. On jest moim najlepszym przyjacielem.

Ważna jest też siła fizyczna. Ze mną jest tak, że nawet po ciężkim dniu jestem w stanie wziąć się za lepienie pierogów, bo sprawia mi to przyjemność i robię to dla bliskich. Mimo że jeżdżę na spotkania czy konferencje i często nie ma mnie w domu, to jednak zawsze, jeśli tylko mogę, staram się wracać do domu. Lubię różnego rodzaju wydarzenia, odnajduję się w środowisku branżowym, ale absolutnie nie uciekam z domu. To jest dla mnie ważne, żeby nawet kosztem wysiłku fizycznego dotrzeć choćby na parę godzin do rodziny.

 Edyta Zalewska, dyrektor sprzedaży w firmie Uponor Infra sp. z o.o. z mężem Michałem

Edyta Zalewska, dyrektor sprzedaży w firmie Uponor Infra sp. z o.o. z mężem Michałem

A.S.: Czy chciałaby Pani, by córka poszła w Pani ślady i trafiła do środowiska inżynierów?

E.Z.: Moja córka ma bardzo silną osobowość, jest dużo lepsza ode mnie, więc myślę, że poradziłaby sobie w tej branży. Nie sądzę jednak, by wybrała studia techniczne, choć ja bym się cieszyła, gdyby to zrobiła.

A.S.: A jaki jest Pani największy sukces zawodowy i jaka jest Pani recepta na satysfakcję w pracy?

E.Z. Doskonałe połączenie pytań, ponieważ moim największym sukcesem zawodowym jest to, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym chciałam być, i czuję ogromną satysfakcję. Nie chcę wspinać się wyżej, być dyrektorem generalnym, bo chcę mieć kontakt z klientami, tak jak teraz. Co mnie cieszy, udało mi się stworzyć naprawdę fajny zespół ludzi, którzy się potrafią wspierać. Proszę ich, żeby mówili mi o tym, co robię źle, i jeśli jest taka potrzeba, faktycznie do mnie przychodzą. Ja z kolei staram się promować ich pomysły, ich sukcesy. Nie znoszę przypisywania sobie cudzych zasług – jeśli ktoś ma czuć satysfakcję z wykonywanej pracy, musi móc o niej opowiedzieć. Sukcesy innych są też dla każdego z nas impulsem, by nauczyć się czegoś pożytecznego. Sama też otwarcie mówię o tym, co mi się udało osiągnąć – wtedy coaching ma sens, inni widzą, że można osiągać nawet dalekosiężne cele.

A.S.: Dziękuję za rozmowę.

Powiązane

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany. Przejdź do formularza logowania/rejestracji.