Jakie będą koszty pozyskania przychylności sejmowego planktonu? Politycy stają co pewien czas przed pytaniem: jak przeprowadzić zmiany konieczne, ale niepopularne? Polska klasa polityczna znalazła kuriozalne rozwiązanie: skoro ludzie nie godzą się na zmiany, państwa zaś nie stać na utrzymywanie stanu obecnego, najlepiej nie robić nic. Grozi nam dreptanie w miejscu i wzrost poparcia dla populistów. Realny jest wariant z wrześniową kampanią wyborczą i nowym rozdaniem stanowisk. Wynik pozostaje jednak wielką niewiadomą. Mimo wszystko bardziej jestem skłonny zaakceptować blokady dróg, niż zarządzanie naszym krajem przez ich organizatorów.
Wydarzenia polityczne skłoniły mnie do refleksji, czy zachodzące przemiany wpłyną na pewną drobną z pozoru rzecz, która mnie osobiście bardzo trapi. Jak każdy jestem zmuszony do korzystania z różnego rodzaju urzędów i jak każdy marnuję czas w przymusowych kolejkach w tychże urzędach. Tak się zastanawiałem, czy historyczna data zlikwiduje kolejki nie tylko na południowej i zachodniej granicy, ale także w innych miejscach. Chyba każdy z nas wysyłał listy. Zwykłe, polecone, priorytety. W odpowiednim urzędzie do tego celu stworzonym, oczywiście jest kolejka. W zależności od dnia i nastroju - kolejka jest jedna do wszystkich okienek i wtedy rozchodzimy się z jednego węża, bądź kilka wężyków przyporządkowanych do właściwego przeznaczeniem okienka. Stojąc w jednym wężu, bądź wężyku tworzy mi się w głowie złota myśl, że niestety "swoje muszę odstać". Kiedy sprawa zostaje załatwiona, tam gdzie Adam Małysz skacze bez problemu, wychodząc - przeważnie coś sobie mruczę pod nosem. Kolejnym przykładem organizacji mojego czasu jest sąd. Musiałem zmienić dane, które podlegają wymogowi sądowej rejestracji. Oprócz standardowego "swoje trzeba odczekać" byłem jeszcze zmuszony do kilku wizyt, ponieważ informacje jak wypełnić formularze, znajdują się na drukach, a ja nieodpowiednio je interpretowałem, a wskazówek sądy nie udzielają. Pod koniec realizacji założonego zadania przyznam, że już nie mruczałem czegoś pod nosem, tylko wyraziłem to głośno. Następnym etapem aktualizacji danych, które z trudem udało mi się załatwić w sądzie, było przeniesienie numeru telefonu pod inny adres. Na pozór wydaje się, że nic prostszego. Niestety, jak pewnie większość z nas należę do bardzo popularnej sieci telefonicznej potocznie nazywanej "telefon stacjonarius". Oglądając reklamy telewizyjne, wyłapałem jak Panorama podaje numer na niebieską słuchawkę, gdzie wszystko mogę załatwić z konsultantem. Połączenie się ze wskazanym numerem graniczy z cudem. Nawet w czasach zamawiania rozmów telefonicznych w urzędzie z trąbką, oczekiwanie na wezwanie do odpowiedniej kabiny było zdecydowanie szybsze. Gdy wreszcie usłyszałem w słuchawce, w czym mogę pomóc? najpierw złożyłem propozycję, aby zmienili nazwę na "siną słuchawkę", bo dzwoniąc do nich ze złości zrobiłem się w takim właśnie kolorze, co przeszło na mój aparat. Po przedstawieniu swojego problemu i uzyskaniu jakże "cennych wskazówek", złożyłem odpowiednie podanie do oczywiście właściwego urzędu. Czekam. Stojąc, siedząc, leżąc na jakąkolwiek odpowiedź - cisza. Więc ponownie dzwonię na słuchawkę z podobną skutecznością jak wcześniej, chcąc się dowiedzieć, na jakim etapie jest rozpatrywanie mojego pisma. Okazuje się, że przeniesienie numeru telefonu w Krakowie obsługuje Szczecin albo Krosno (chyba żeby nie było protekcji) i żadnej odpowiedzi nie uzyskam, a ostateczna decyzja nadejdzie pocztą, po bagatela 60 dniach od daty złożenia wniosku. Ręce opadły! Stwierdziłem, że szkoda nerwów i będę grzecznie czekał, w myśl zasady "swoje muszę odczekać" oraz postanowiłem sobie, że nigdy już nie obejrzę Panoramy.
Ostatnio przejście z pogody zimowej na wiosenną, wpłynęło niekorzystnie na moje zdrowie. Nie będąc w pełni sił fizycznych udałem się do przychodni. Jak po sznurku przeszedłem kolejne etapy drogi po zdrowie. Rejestracja - wizyta u lekarza rodzinnego - skierowanie do specjalisty. Sznurek przeobraził się w sznur kolejek. Oczekując pod drzwiami specjalisty, zostałem na tyle pobudzony emocjonalnie, że o chorobie prawie zapomniałem i gdyby nie fakt kilku już zmarnowanych godzin, rzuciłbym to wszystko w diabły.
Załatwienie pozytywne którejkolwiek z wymienionych spraw wymaga oprócz zdrowych nóg, także ogromnej cierpliwości. Czasami można też czekać na siedząco np. w korku ulicznym siedząc w samochodzie, bo polska infrastruktura nie zna często rozwiązań z zakresu geoinżynierii i tunelowania. I tak pewnego razu czekając w korku, doszedłem do wniosku, iż należałoby usystematyzować rodzaje oczekiwania. Przyjąłem prostą zasadę - jak stoję i czekam, to "stoję w kolejce", - jak siedzę i czekam to "stoję w korku". Od tego czasu zdarzyło mi się już raz "stać w korku" na poczcie i od 120 dni nadal stoję w korku lub kolejce do sieci stacjonarius, bo wieści nadal nie nadeszły.
Przy wszystkich oczekiwaniach, gdziekolwiek bym nie był, wielokrotnie przypomina mi się pewna historyjka, która zdarzyła się mojemu znajomemu. Opowiadał mi, jak to będąc kierownikiem budowy zaginął mu pracownik. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że zaginiony majster poszedł do sklepu po napój, którego nazwy jak sądzę przytaczać nie muszę. Były to czasy, gdy napoje te sprzedawano po trzynastej, więc zaginiony zjawił się na placu budowy, dopiero przed końcem dnia pracy. Zbulwersowany przełożony zaprosił go do swojego kantorka i wygłosił mowę na temat samowolnego opuszczania swojego stanowiska. Na koniec rozmowy zadał majstrowi retoryczne pytania: Gdzie pan był? Po wino pan poszedł i dwie godziny pana nie było? Na co usłyszał: A wie Pan, Panie inżynierze, jakie teraz są kolejki?
Myślę, że chociaż czasy się zmieniły, to odpowiedź jakby aktualna...